Zagłada wsi Adamy
1 września 1939 roku
rozpoczęła się wojna polsko-niemiecka i jednocześnie II wojna światowa. 17
września nastąpiła bolszewicka inwazja na Polskę. Pod koniec września, pod
Tłumaczem na Pokuciu, dostałem się do sowieckiej niewoli. W niewoli nie
ujawniłem swojego stopnia wojskowego (byłem ppor. rezerwy) i dzięki temu
uniknąłem później śmierci w Katyniu. Trafiłem do obozu dla szeregowych
żołnierzy w Republice Komi, skąd udało mi się uciec do Lwowa, gdzie pod
zmienionym nazwiskiem ukrywałem się do czasu inwazji niemieckiej na ZSRR. W
okresie okupacji niemieckiej wróciłem do swojego nazwiska i kontynuowałem
studia weterynaryjne. Często odwiedzałem swoją rodzinną wieś Adamy. Z powodu
ciągłego zagro-żenia jej mieszkańców napadami band ukraińskich nacjonalistów,
zorganizowałem tam samoobronę. Zorganizowanie samoobrony nie przedstawiało
większych trudności, ponieważ po wojnie powróciło do wsi kilkunastu byłych
żołnierzy Polskiej Armii, oraz odnaleziono wystarczającą ilość broni
pozostawionej przez polskie wojsko w 1939 roku. Każdy wieśniak posiadał krótką
broń, dobrze ukrytą i zakon-serwowaną, a oprócz tego znalazły się dwie skrzynki
obronnych gra-natów z zapalnikami i kilka ręcznych karabinków. Główną bronią
okazały się być granaty, których wybuchy odstraszały i przepędzały napastników,
przyzwyczajonych do napadów znienacka na śpiących i bezbronnych ludzi. Wśród
mieszkańców ukraińskich wsi krążyły pogłoski, że wieś Adamy jest „po zęby
uzbrojona przez polskie wojsko jeszcze w 1939 roku w karabiny maszynowe i
granatniki”, które nie zachęcały zorganizowanych band ukraińskich do ataku.
W czasie okupacji
niemieckiej wieś odparła kilka prób wtar-gnięcia band na jej teren. Ataki
powtarzane były tylko nocą, dlatego mieszkańcy wsi zmuszeni byli do ciągłego,
nocnego czuwania. W marcu i kwietniu 1944 roku, zmęczeni ciągłym czuwaniem,
mieszkańcy wsi postanowili wyjechać na Zachód transportem kolejowym, udzielonym
przez władze niemieckie. Mieli nadzieję, że po zakończonej wojnie powrócą do
rodzinnej wsi.
Nie wszyscy jednak
wyjechali, pozostało kilkanaście rodzin. Front był już blisko, pod Brodami,
więc mieszkańcy mięli nadzieję, że gdy tereny te obejmą sowieci, skończą się
napady, mordy i grabieże dokonywane przez ukraińskich szowinistów. Wśród
pozostałych we wsi rodzin była też rodzina mego stryja, przyrodniego brata
mojego ojca, Feliksa Szwremety. Niestety wkrótce mieli okazję się przekonać,
jak bardzo się mylili. Sowieci popierali poczynania ukraińskich nacjo-nalistów
w stosunku do polskiej ludności, gdyż przyczyniały się one do zaplanowanej
przez Stalina „depolonizacji” terenów zagarniętych wspólnie z Niemcami jeszcze
w 1939 roku. Mieszkańcy, którzy pozostali we wsi, mimo gróźb i prób zastraszenia,
zakończyli żniwa i przygotowywali się do jesiennych zasiewów.
O okolicznościach napadu
na moją rodzinną wieś Adamy, dowiedziałem się od mojej kuzynki, Weroniki
Szeremety Furmanie-wicz, która była świadkiem tych wydarzeń. Oto jej relacja:
„Z początkiem września,
w trzecim miesiącu funkcjonowania władzy sowieckiej, doszły do nas wiadomości,
że bandy ukraińskie z sąsiednich wsi gromadzą się z zamiarem dokonania napadu,
wy-mordowania pozostałych rodzin i spalenia wsi, w czasie zbliżającej się nocy.
Nasza rodzina, wraz z innymi rodzinami, na noc skryła się w lesie. Tymczasem
mój ojciec, (Feliks Szeremeta), udał się do Buska, gdzie stacjonowały duże
oddziały wojska i sprawnie działające NKGB, aby zawiadomić ich o zbliżającym
się napadzie i prosić o interwencję, która zapobiegłaby grożącemu
niebezpieczeństwu. Nasza babcia (Franciszka Szeremeta), ponad
osiemdziesięcioletnia staruszka, mimo próśb i nalegań całej rodziny, pozostała
w domu i w żaden sposób nie dała namówić się do ucieczki i skrycia się wraz z wszystkimi
w lesie. Żal mi jej było i o zmierzchu przybiegłam z lasu do domu, by jeszcze
raz spróbować przekonać babcię i zabrać ją ze sobą, ale ona się ciągle nie
zgadzała. Nagle nastąpił banderowski napad. Nie zdążyłam już uciec do lasu,
więc skryłam się w pobliskim sadzie, w gęstych krzakach porzeczek.
Sparaliżowana strachem słyszałam strzały i krzyki ban-dytów. Po chwili
zobaczyłam, jak do naszej chałupy podeszło dwóch bandytów. Jeden strzelił
dwukrotnie do babci a drugi podpalił słomianą strzechę budynków. Siedziałam w
tych krzakach, starając się cichutko przeczekać koszmar. Cała wieś stanęła w
ogniu. Jeszcze pod osłoną nocy, przed świtem, napastnicy zebrali się w jednym
miejscu i ze śpiewem „na sławu Ukrainy” opuścili ograbioną, płonącą wieś. W
śpiewie tym bardzo mocno wyróżniał się donośny kobiecy głos, co było dowodem,
że w napadzie tym brały udział także kobiety. O świcie opuściłam kryjówkę i
podeszłam do dogorywającej chałupy. Na podwórzu zobaczyłam na wpół spalone
zwłoki babci.
Na prośbę ojca o udzielenie pomocy, władze
sowieckie w Busku zareagowały w ten sposób, że dopiero na drugi dzień pod
wieczór pojawiły się trzy czołgi, by stwierdzić, że ze wsi pozostały tylko
niedo-palone zgliszcza. Poza babcią zginęli jeszcze: Maria Święs, Teodor Łucek,
Adam Brodziak, Jan Dąbrowski, Antoni Młot i Emilian Łukasiewicz. Pozostał nam
tylko wyjazd na Zachód”.
Dziś wiadomo, że napad
na wieś Adamy zorganizował i stał na jego czele Dymitr Kupiak. Był to napad na
większą skalę, bo oprócz oddziału SB watażki Kupiaka, uczestniczyły w nim inne
oddziały leśne UPA, zorganizowane z mieszkańców sąsiednich ukraińskich wsi.
Dzięki temu, że większość rodzin wyjechała a pozostali, prawie wszys-cy zdążyli
ukryć się w lesie, zginęło „tylko” 6 osób. To, czego nie udało się dokonać z w
pełni zamieszkałą wsią w czasie okupacji niemieckiej, zrobiono z garstką rodzin
pod okupacją sowiecką. Jest to bardzo charakterystyczny rys „bohaterstwa”
oddziału SB, jak i opiekuńczości władzy sowieckiej.
W tym czasie przebywałem
na stałe we Lwowie, oficjalnie jako student kończący studia weterynaryjne, a
nieoficjalnie jako żołnierz konspiracyjnej Armii Krajowej. W marcu 1945 roku
zostałem aresz-towany przez NKGB i skazany przez sowiecki Trybunał Wojenny na
karę śmierci, zamienioną na 20 lat katorgi. W sowieckich łagrach przebywałem
ponad 14 lat. W kwietniu 1959 roku przekazano mnie władzom PRL.
W poszukiwaniu prawdy
W drugiej połowie lat
osiemdziesiątych, moja kuzynka Weronika Szeremeta Furmanowicz, która po
ekspatriacji zamieszkała z rodziną w woj. opolskim, opowiedziała mi dalsze
szczegóły dotyczące wsi Adamy i zamordowania mojej babci.
W 1969 roku
uczestniczyła ona jako świadek w procesie sądo-wym, przeprowadzonym przez
władze sowieckie, ujętych ludobójców z bandy Kupiaka. Będąc naocznym świadkiem
napadu na wieś Adamy, występowała jako jedna z wielu świadczących o
popełnionych przez bandę zbrodniach.
Proces odbywał się w
listopadzie i w grudniu 1969 roku w miejscowości Krasne koło Lwowa. Kuzynka
jadąc do Lwowa, na przejściu granicznym w Medyce, spotkała kobietę, mniej
więcej w jej wieku, w towarzystwie oficera wojska polskiego. Kobieta robiła
wrażenie bardzo przygnębionej i smutnej, a towarzyszący jej wojskowy starał się
ją pocieszać. Przy pożegnaniu mówił, aby była dobrej myśli, i że wszystko się
dobrze skończy. Po stronie sowieckiej, pod opieką sowieckiego milicjanta,
dotarły wspólnie do Lwowa i zamieszkały w tym samym pokoju hotelowym. W czasie
rozmowy nieznajoma opowiedziała kuzynce, że jedzie do Krasnego, a
odprowadzający ją oficer to jest jej mąż, pułkownik UB, że mieszkają w
Warszawie i mają dwoje dzieci. Niczego więcej od nieznajomej się nie
dowiedziała, nie podała nawet swojego nazwiska. Weronika przedstawiła się jej i
podała cel swojej podróży. Na pytanie kuzynki, w jakim celu jedzie do Krasnego,
odpowiedziała, że na ten temat lepiej milczeć.
Następnego dnia,
wcześnie rano, Weronika w towarzystwie mi-licjanta wyjechała do Krasnego.
Nieznajomej kazano czekać w hotelu na wezwanie do wyjazdu. Po przyjeździe do
Krasnego milicjant zaprowadził Weronikę do stołówki, by zjadła śniadanie i
poczekała, aż poproszą ją na salę sądową. Na jej widok, obecni w stołówce
ludzie podnieśli krzyk:
-„Sławka Falińska,
Sławka Falińska przyjechała, ta bandytka i morderczyni, kochanka zbója
Kupiaka!”
Omal nie doszło do linczu. Rozgorączkowanych ludzi
uspokoił dopiero milicjant mówiąc, że moja kuzynka to nie Falińska, tylko
świadek, któremu zamordowano babcię, a Falińska przyjedzie później. Gwar nieco
opadł, z rozmów ludzi wynikało, że Sławka była kochanką prowodyra Kupiaka,
współpracowała z nim i wszędzie mu towarzy-szyła. Zastrzeliła nawet swoją
koleżankę, podejrzewając ją o romans z Kupiakiem. W taki to sposób Weronika
dowiedziała się w czyim towarzystwie podróżowała z Przemyśla do Lwowa.
W sądzie, na ławie oskarżonych, zasiadło pięciu
przestępców. Nie było jednak wśród nich głównego organizatora i prowodyra bandy
–Dymitra Kupiaka. Od publiczności zebranej w sali sądowej moja kuzynka
dowiedziała się, że uciekł on do Kanady, gdzie za zdobyte na grabieżach
pieniądze, kupił sobie restaurację. W ten sposób uniknął kary za popełnione
zbrodnie. Weronika, po złożeniu oświadczenia, powróciła do Polski i nigdy
więcej nie spotkała Sławki Falińskiej. Nie wiedziała też, czy występowała ona
wtedy przed sądem. Dowiedziała się jednak, że we Lwowie wydano w języku
ukraińskim książkę, w której opisano przebieg całego procesu sądowego.
Zadałem sobie pytanie: - dlaczego proces ten odbył
się dopiero 24 lata po wojnie? Przecież zbrodniarze ci zostali już osądzeni
wcześniej, niektórzy z nich odbyli wysokie wyroki (10-15 lat), a teraz ponownie
nadano sprawie tak szeroki rozgłos. Odpowiedzi na to pytanie mogła dostarczyć
mi tylko wspomniana przez Weronikę książka. Rozpocząłem jej poszukiwania z tym
większym zaangażowaniem i gorliwością, gdy moja dalsza rodzina, zamieszkała po
dziś dzień we Lwowie, przysłała mi wydawaną tam ukraińską gazetę pt. „Mołoda
Hałyczyna” z dnia 1 grudnia 1991 roku nr 145 (6564), w której za-mieszczone
było niewielkie, ale znamienne ogłoszenie. Treść tego ogłoszenia podaję w
tłumaczeniu z języka ukraińskiego: „Ministerstwo Sprawiedliwości Kanady
interesuje się wydarzeniami kryminalnego charakteru, jakie miały miejsce w
czasie okupacji niemieckiej w latach 1941-45 we wsiach: Adamy, Bogdanówka,
Grabowa, Jabłonówka, Niesłuchów, Nowy Milatyn, Pobużany, Połoniczna, Stary
Milatyn, Zadwórze i Żeniów w rejonie Buska i Złoczowa. Każdy, kto może udzielić
jakichkolwiek informacji na temat tych wydarzeń, proszony jest przez Izosimowa
Leonida Fedorowicza, Prokuratora Lwowskiego Województwa o zgłoszenie się w
najbliższym czasie do Prokuratury we Lwowie pod adresem: Plac Zjednoczenia 7,
II-gie piętro, tel.72-48-
Powstało teraz drugie pytanie: - dlaczego teraz
Ministerstwo Sprawiedliwości dalekiej Kanady interesuje się kryminalnymi
wy-darzeniami sprzed prawie 50-ciu lat, na terenie moich rodzinnych stron?
Ponieważ nie miałem sił zgłaszać się z wiadomościami do prokuratora we Lwowie,
opisałem wszystko w liście i wysłałem do Prokuratury we Lwowie oraz do
wiadomości Ministerstwa Spra-wiedliwości w Kanadzie i do Generalnej Prokuratury
RP w Warszawie. Odpowiedź otrzymałem tylko z Kanady; z podziękowaniem i prośbą
o przysłanie posiadanych dokumentów.
Udało mi się wreszcie odnaleźć poszukiwaną książkę
pt. „Rozpłata”- relacje z procesu sądowego w Krasnem, wydaną we Lwowie w 1970
roku. Natychmiast wysłałem jej kserokopię do Ministerstwa Sprawiedliwości w
Kanadzie, do Wydziału do Spraw Zbrodni Przeciwko Ludzkości i Zbrodni Wojennych.
Do dziś oczekuję dalszego postępowania w stosunku do zbrodniarza wojennego,
przebywającego na terenie Kanady, którego zbrodnie nie ulegają przedawnieniu.
Książka ta powinna ukazać się również w języku polskim, by dać świadectwo
prawdzie o bestialskich mordach doko-nanych w czasie II wojny światowej na
ludności polskiej przez ukraińskich szowinistów spod znaku OUN-UPA. W ten
sposób można by zwrócić uwagę tym, którzy wspólnie z ukraińskimi nacjonalistami
starają się dziś wykreślić z pamięci tragiczne losy Polaków kresowych w imię
pojednania obu narodów. Naród polski, tak jak i ukraiński, zamieszkały za
Zbruczem nie czuły do siebie wrogości czy nienawiści. Nie trzeba im zatem do
pojednania i bliższego współżycia, kroczyć drogą zacierania śladów i
zapomnienia zbrodni ukraińskich nacjo-nalistów, byłych obywateli II
Rzeczypospolitej, inspirowanych i finansowanych przez naszych wspólnych wrogów.
Trudno dziś również mówić o karaniu zbrodniarzy wojennych, którzy w większości
już nie żyją. Konieczne jest natomiast ujawnienie i potępienie ich, aby tacy
ludobójcy jak Dymitr Kupiak nie mogli występować w państwach zachodnich, gdzie
po wojnie znaleźli schronienie, jako narodowi boha-terowie Ukrainy.
Odpowiedź na pytanie, dlaczego władze sowieckie
przepro-wadziły ten proces dopiero po 24 latach od zakończenia wojny, jest
prosta. Chciano w ten sposób udowodnić Rządowi Kanady, jakiemu zbrodniarzowi
wojennemu udzielił schronienia i wyjaśnić powody braku zgody na jego
ekstradycję. W Ministerstwie Sprawiedliwości Kanady sprawa ta nie jest jeszcze
zamknięta, czego dowodem jest cytowane wcześniej ogłoszenie w gazecie „Mołoda
Hałyczyna”. Najwyraźniej chodzi o dotarcie do żyjących jeszcze świadków zbrodni
popełnionych przez ukraińskiego watażkę, aby móc wystąpić przeciw niemu.
Obecnie oczekuję na dalsze postępowanie Rządu Kanadyj-skiego w sprawie Kupiaka,
aktualnego obywatela tego kraju, ludobójcy wojennego, gdyż jego zbrodnie nie
ulegają przedawnieniu.
Książka „Rozpłata” („Rozrachunek”) wiele mi
wyjaśniła. Sławka Falińska, dawna mieszkanka Buska i bliska współpracownica
watażki Kupiak, występowała w sądzie jako świadek oskarżenia pod naz-wiskiem
Susabowska, obywatelka polska, żona polskiego oficera UB. W książce tej mówi
się w większości o ofiarach, obywatelach sowieckich. O Polakach, których
mordowano tylko dlatego, że byli Polakami, wspomina się mimochodem. Jest to
niewiarygodne, gdyż w tym wypadku celem ataków band OUN-UPA, w celu
depolonizacji tych terenów, była właśnie ludność polska.
Przebywający w Kanadzie Watażka oddziału SB OUN-UPA
Dymitr Kupiak, oprócz Polaków, ma na swoim koncie wiele morderstw dokonanych
także na rodzinach ukraińskich. W swej rodzinnej wsi Jabłonówka wymordował nie
tylko wszystkich Polaków, jacy pozostali po wywózkach na Sybir, ale i kilka
rodzin ukraińskich. Jak zeznaje w procesie świadek Susabowska (Sławka
Falińska), po zamordowaniu rodziny Jaremkiewiczów za to, że ich syn uciekł z
UPA, Kupiak bardzo ubolewał nad tym, że udało mu się zbiec. Obawiał się bowiem
w przyszłości odnalezienia go przez Mariana Jaremkiewicza i zemsty za śmierć
rodziców. Poprzez ucieczkę do Kanady ten zbrodniarz wojenny uniknął nie tylko
sądu, ale i zemsty swoich rodaków, takich jak syn Jaremkiewiczów.
Wkrótce okazało się, że „Rozpłata” to nie jedyna
książka opisująca działalność bandy Kupiaka. Po drugiej stronie oceanu, w
Kanadzie, wydana została kuriozalna pozycja wspomnieniowa autor-stwa tegoż
ludobójcy.