Pamięci polskich i ukraińskich mieszkańców wsi Gorajec, poległych w czasie konfliktu z lat 1944-1947
Gorajec to niewielka, zagubiona wśród lasów Roztocza Wschodniego, osada. Tak jak cały region, wieś opustoszała tuż po II wojnie światowej. Jednakże w dziejach polsko-ukraińskiego pogranicza Gorajec wyróżnił się w tragiczny sposób.
Przed wojną we wsi mieszkali przeważnie Ukraińcy, w 1938 r. na 1160 mieszkańców – było ich 1077, resztę stanowili Polacy oraz Żydzi. Gorajec wpasowywał się w mozaikę etniczną powiatu, zamieszkałego w 50% przez Ukraińców i w jednej trzeciej przez Polaków. Po 1939 r. miejscowość przecięła granica radziecko-niemiecka – wieś znalazła się w Generalnej Guberni, jej cmentarz już po stronie sowieckiej. Ze względu na bliskość kordonu ludność polskiego przysiółka – Dąbrówki została wysiedlona na Syberię. Ze wsi pierwsi zniknęli Żydzi – w Cieszanowie znajdował się nawet niemiecki obóz pracy. Gorajec zapewne podzieliłby zwykłe, wojenne losy pobliskich miejscowości, gdyby w 1944 r. nie pojawił się w niej pewien człowiek.
ZALIZNIAK
Jest przełom lutego 1944. Trasą Rawa Ruska –
Niemirów przesuwa się konwój 30 niemieckich
żołnierzy, eskortowanych konno przez kilkunastu ukraińskich
policjantów. Z powodu zbliżającego się frontu postanowiono
niepewny element przerzucić dalej na zachód. W owym czasie
nagminne były przypadki dezercji ukraińskich policjantów.
Przy drodze, ukryta w śniegu, czekała na nich bojówka OUN.
„Nareszcie dany znak – Niemcy się zbliżają
–- opisuje uczestniczący w akcji Lew Krywonos
„Kruk”. – Położyliśmy się. Podeszliśmy na
dobrą odległość i usłyszeliśmy komendę „ognia!”.
Sypnęły się serie z automatycznej broni, a zaraz potem, przekrzykując
strzały, krzyknęliśmy do Niemców „hande
hoch!”. Byli tak przestraszeni, że nie oddali żadnego
strzału. Kto padł to padł, a reszta podniosła ręce i poddała się.
Tymczasem nasi tylko się uśmiechali”. Policjanci wiedzieli o
planowanej zasadzce. Znajdował się wśród nich niejaki Iwan
Szpontak, członek konspiracji UPA, który już wcześniej
dostał rozkaz zbiec do lasu i organizować partyzantkę.
W roku wybuchu Szpontak wojny miał 20 lat. Pochodził ze wsi
Wowkowe na Zakarpaciu, które należało wówczas do
Czechosłowacji. Skończył seminarium nauczycielskie, pracował na
Werchowynie. W 1938 r. wstępił tam do wojsk Karpato-Rusi –
krótko istniejącego państewka ukraińskiego, powstałego na
gruzach Czechosłowacji. W czasie tych zmagań prawdopodobnie zetknął się
z wieloma późniejszymi organizatorami UPA –
wojskiem ukraińskim dowodził tam słynny Roman Szuchewycz
„Czuprynka”, późniejszy
dowódca ukraińskiej partyzantki. Po 1941 r. Szpontak,
podobnie jak wielu ukraińskich nacjonalistów, wstąpił do
policji pomocniczej, z której wyszkoleni i uzbrojeni przez
Niemców Ukraińcy, masowo dezerterowali i tworzyli następnie
podstawy UPA.
Szpontak przyjął pseudonim „Zalizniak”
– zapewne od legendarnego XVIII-wiecznego dowódcy
hajdamackiego. Partyzanci często na przydomki wybierali sobie
bohaterów czasów kozactwa i koliszczyzny
– w lubaczowskiej sotni walczyli m.in.
„Gonta” czy „Bohun”. Być może
pamiętany przez kierownictwo jeszcze ze zmagań w 1938 r. Szpontak
otrzymał misję utworzenia partyzantki ukraińskiej w powiecie
lubaczowskim, we wsi Gorajec, której rdzeniem miało być
uwolnionych wraz z nim 20 policjantów.
Czemu akurat Gorajec wybrano na miejsce stworzenia sotni?
Wieś otoczona jest ze wszystkich stron lasami, co czyni ją zupełnie
niewidoczną z innych osad czy głównych dróg.
Pobliskie masywy leśne są na tyle duże, że można się w nich, w razie
potrzeby, błyskawicznie się ukryć. Jest to zatem idealne miejsce do
działań partyzanckich. Okoliczne miejscowości zdominowane są przez
Ukraińców – pełne patriotycznie nastawionej
młodzieży – potencjalnych kadr UPA.
Konspiracja ukraińska istniała na tych terenach już
wcześniej. Jednak, jak wspomina pochodzący z pobliskiego Starego
Dzikowa „Kruk”, dopiero po przyjściu Zalizniaka
zaczęła ona nabierać profesjonalnych kształtów.
„(...) wszystko zaczęło się u nas organizować na dobre:
kuszcze, bojówki, sotnie. Na początku była jedna sotnia i
była nią sotnia Zalizniaka. Dobrze ją zahartował: po trzydzieści
kilometrów marszu z ciężarem na plecach. Tak prowadził
oddział ze dwa-trzy tygodnie. Kiedy skończył powiedział mniej-więcej
tak: wiecie chłopcy, hartowałem was, kto uciekł, ten uciekł, ale z tymi
którzy pozostali mogę teraz zrobić wszystko”.
Sotnia przyjmuje nazwę „Mesnyky” –
„Mściciele”. 15 maja partyzanci przechodzą chrzest
bojowy pod Nowym Siołem, gdzie stoczyli udany bój z
oddziałem niemieckim, ścigającym polskich partyzantów.
Kim był major UPA Iwan Szpontak
„Zalizniak”? Choć młody – gdy objął
dowództwo nad „Mesynykami” miał zaledwie
25 lat – był zaprawiony w bojach: przynależność do Siczy
Karpackiej i służba w policji zrobiły z niego dowódcę
obeznanego w praktyce wojennej, profesjonalistę. Z pewnością nie
pozostało na niego bez wpływu szkolenie odebrane u Niemców
– mogli go nauczyć nie oszczędzania ludności cywilnej,
zemsty, odpowiedzialności zbiorowej. Z tego wszystkiego wyłania się
obraz radykała, zdolnego do wszystkiego w imię zwycięstwa.
Szpontak cieszył się wielkim respektem u podwładnych:
„Zalizniaka” chłopcy bardzo lubili. Oszczędzał
ludzi, chociaż nie oszczędzał siebie. Zawsze mawiał „więcej
potu, mniej krwi” – wspomina go walczący pod jego
rozkazami Iwan Kruc'ko „Kret”. –
„Znał mądrość, był na uniwersytecie, na filozofii. Lubił grać
w szachy, grał na skrzypcach”. Chodził ubrany „jak
do żniw”, czym zyskiwał popularność wśród
żołnierzy.
PIERWSZA ZBRODNIA
Jednakże początki tworzenia sotni naznaczone są piętnem zbrodni. Jak
pisze, bazując na aktach sprawy Szpontaka, Grzegorz Motyka:
„W czasie kwaterowania w Gorajcu sotnia
„Zalizniaka” zamordowała kilkunastu
Polaków, częściowo w celu ukrycia swojej
obecności”. Jaki był więc cel zlikwidowania 16, jak podają
inne źródła, mieszkańców wsi? W owym czasie
stosunki polsko-ukraińskie było bardzo zaognione, wzajemne donoszenie
do Niemców było częstym zjawiskiem. Stosunki te były
wówczas takie, że Polacy ci mogli zostać zabici pod byle
pretekstem, choćby tylko z powodu swojej narodowości. Po tej zbrodni ci
Polacy, którzy ją przeżyli, z Gorajca uciekli.
A zatem w początkach swej działalności sotnia
„Mesnyky”, prócz walk z Niemcami oraz
partyzantką bolszewicką, prowadzi także akcję przeciw ludności
polskiej. Na przestrzeni kwietnia i maja Zalizniak dokonuje
napadów na około 10 okolicznych wsi oraz miasteczko
Cieszanów, w którym zabija od kilku do
kilkudziesięciu osób. Akcja ta w zdecydowany
sposób różni się od czystek etnicznych,
przeprowadzanych w Galicji Wschodniej czy na Wołyniu. Liczba tu
zamordowanych wskazuje, że nie chodziło o zlikwidowanie ludności
polskiej, a zapewne zastraszenie jej i zmuszenie do ucieczki, lub też
zemstę za działania antyukraińskie. W całym powiecie lubaczowskim z rąk
różnych oddziałów UPA ginie wtedy, jak podaje
Motyka, ok. 250-350 Polaków. Po tych akcjach wielu
mieszkańców narodowości polskiej ucieka na drugi brzeg Sanu.
Największą zbrodnią „Zalizniaka” było
uderzenie na oddaloną o 7 km od Gorajca wieś Rudka. 19 kwietnia o
godzinie 5 rano sotnia przybyła do polskiej wsi. Po rozmowie z
sołtysem, który odmówił zebrania
mieszkańców oraz wydania broni, dowódca czoty UPA
wydaje rozkaz rozstrzelania wszystkich mężczyzn. „Wszędzie
dookoła słychać było strzały, płonęły domy i zabudowania
gospodarcze” – opisuje Albin Pachla,
który ukrył się wówczas w pobliskim jarze.
– „Słychać było jęki, krzyki, pisk, płacz i lament.
Ukraińcy przechodzili wokół i przez jar, wyciągali i
strzelali do mężczyzn powyżej 15 roku życia”. W ciągu 4
godzin ginie 58 Polaków, a wieś zostaje doszczętnie spalona.
Do dziś nie została odbudowana, pozostało z niej tylko jedno
gospodarstwo. Wydarzenia z Rudki odbiją się jeszcze na dziejach
Gorajca.
Na czas przejścia frontu „Mesnyky”
ukrywają się w lasach okolicznego poligonu. Po przyjściu Armii Czerwona
sytuacja wyraźnie się zmienia. W odpowiedzi na pojawienie się
komunistów do oddziałów
„Zalizniaka” dołączają nowi ochotnicy – w
listopadzie 1944 powstaje sotnia „Mesnyky II”, na
wiosnę 1945 „Mesnyky III”. Zgrupowanie awansuje do
rangi kurenia, tworząc jeden z najpotężniejszych oddziałów
na terenie dzisiejszej Polski. Jesienią polscy mieszkańcy
próbują powracać w okolice Lubaczowa. By zatrzymać ten
proces, UPA rozstrzeliwuje w Łykoszynie 14 osób.
Sytuacja staje się coraz bardziej napięta. Rozpoczynają się
zmagania z siłami radzieckimi: Armią Czerwoną, pogranicznikami, NKWD
oraz polskimi komunistami. Jedna z największych bitw
„Mesnyków” ma miejsce 15 lutego 1945
obok przysiółka Nowego Lublińca, Tepiły, zaś 2 marca w
lasach monasterskich niedaleko osiedla Mrzygłody zostaje rozbita czota
„Miacza” – NKWD zadało tym silny cios
kureniowi Zalizniaka. „Ten tragiczny bój
wstrząsnął całym naszym podziemnym nadrejonem oraz także ludnością.
Prawie wszyscy żołnierzy pochodzili z tych
terenów” – opisuje przybyły wtedy z ZSRR
Jewhen Sztendera „Prirwa”.
Nasilają się także morderstwa, napady i grabieże, dokonywane
na ludności ukraińskiej. Z kroniki sotni „Mesnyky
II” dowiadujemy się o jednym z takich epizodów: 15
stycznia w Gorajcu „W południe (...) 15 Polaków
przeprowadziło grabież”. W wielu miejscowościach
lubaczowskiego i jarosławskiego, m.in. w Chotyńcu, Nowym Lublińcu,
kolonii Małków, Dobrej i Dobczy, dochodzi do zbiorowych
morderstw ludności cywilnej.
W celu obrony miejscowej ukraińskiej ludności tworzą się
Samoobronne Kuszczowe Widdiły – SKW. Chronią one wsie, a
także zapewniają bezpieczeństwo mieszkańcom m.in. podczas prac
polowych. Tak opisuje je raport NKWD: „Wszystkie ukraińskie
wioski mają przygotowaną obronę okrężną, prawie przy każdym domu są
wykopane okopy. (...) Każda wioska dzieli się na odcinki po 40 chat,
ochronę odcinka wyznacza 10 ludzi. W czasie dnia wszystkie dostępy do
wiosek są zabezpieczone obserwatorami (...). Położone obok siebie
ukraińskie miejscowości utrzymują ze sobą ścisłą łączność i w wypadku
napadu większych band „AK” niosą sobie wzajemnie
pomoc”. SKW powstają na wzór polskich samoobron z
Wołynia, które we współpracy z AK broniły
ludności przed terrorem UPA.
W lubaczowskim ich początki, tak jak i oddziałów
UPA, wiążą się z przybyciem Szpontaka. W celu sprawniejszego
kontaktowania się z mieszkańcami wsi grupy samoobrony tworzyli znający
teren miejscowi. Tak było i w Gorajcu – dowódcą
tamtejszego SKW był mieszkaniec tej wsi Dmytro Laszyn
„Boroda”. Kuszcz liczył około 30
strzelców. Znamy pseudonimy kilku z nich: wojskowym był
„Faraon”, propagandzistą
„Willi”, służyli w nim także
„Proc'”, „Hucuł” oraz
„Łemko”.
KBW
W marcu 1945 w komunistycznej Polsce powstaje Korpus
Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Powstał on na wzór szturmowych
oddziałów sowieckiego NKWD. Przeznaczeniem tych
oddziałów była walka z podziemiem niepodległościowym,
zarówno polskim, jak i z ukraińskim.
W Lubaczowie zostaje sformowany 2. Samodzielny Batalion
Operacyjny (SBO) Wojsk Wewnętrznych, który miał likwidować
struktury UPA w terenie. Batalion ten działał tu przez kilka miesięcy i
zasłynął z krwawych poczynań. Swą pierwszą akcję, jeszcze przed
oficjalnym sformowaniem, przeprowadził w dniu 26 lutego w Kobylnicy
Ruskiej. Wojsko razem z milicją wyruszyło, jak podaje rozkaz
„w celu ujęcia wszystkich mężczyzn do sześćdziesiątego roku
życia”. Zostało wówczas zastrzelonych od 27 do 60
osób, które próbowały uciekać, wieś
została spalona, majątek zrabowany (według raportu,
„inwentarz zarekwirowano”). Następnie, jak podaje
Motyka, spalono wsie Masiuki i Sieniówka (Lubaczowskie);
zginęło w nich 38 osób. Z relacji
„Kreta” wynika, że przeprowadzono także akcję na
Nowe Sioło (nie wiemy czy było to KBW), ale wieś ocaliła samoobrona.
Żołnierz tego batalionu Lesław Jurewicz w swoich wspomnieniach pisze o
okrucieństwie wojskowych: „do pojmanego gdzieś Ukraińca,
starego już człowieka, strzelali ze śmiechem i na wyścigi”.
Kolejnym celem akcji pacyfikacyjnych KBW był Stary i Nowy
Lubliniec – miejsca, jak podaje raport,
„koncentracji organizującej się tam sotni UPA”. W
przeprowadzonej 21 marca akcji w obu miejscowościach ginie 58
mieszkańców. Atak zostaje ponowiony 25 marca,
wówczas „zniszczono miejscowość w 70%”.
Cywilna ludność Lublińca bardzo ucierpiała podczas wojny –
wspomniane napady nie były jedynymi: 14 maja 1944 partyzantka sowiecka
zabiła 18 mieszkańców, 8 dni później polscy
partyzanci podpalili wieś i zamordowali kilka osób (najwyżej
12), we wrześniu milicja rozstrzelała 33 lublinczan, kolejnych 8 wojsko
w brutalny sposób zabiło podczas wysiedleń w 1946 roku.
Podczas każdej z tych akcji rabowano mienie:
głównie bydło, konie, ubrania, płótno, żywność. Z
relacji Jurewicza wiemy, że KBW było bardzo słabo uposażane. Jak wynika
z jego wspomnień, zdarzyło się, że jeden z żołnierzy musiał ukrywać
przed kolegami przysłaną z domu żywność. Prostym sposobem na
zagwarantowanie sobie odpowiedniego poziomu życia było wykorzystanie
bezbronnej ludności ukraińskiej. Skradzione rzeczy, których
żołnierze nie potrzebowali, odsprzedawali ludności polskiej.
AKCJA NA GORAJEC
5 kwietnia o godz. 21 2. SBO wraz z milicjantami pod
dowództwem ppłk. Szopińskiego wyruszył na kolejną akcję:
otrzymał rozkaz zlikwidowania znajdującego się w Gorajcu sztabu UPA. W
tym czasie we wsi żaden sztab nie stacjonował, znajdowała się w nim
natomiast samoobrona oraz ludność cywilna.
O godzinie 4.50 następnego dnia podzielony na cztery grupy
batalion zajął pozycje bojowe – okrążył Gorajec wraz z
przysiółkami, o godzinie 5.00 przystąpił do ataku. Najpierw
ostrzelał wieś z moździerza, potem zaatakowała ją piechota. Na
opór napotkała grupa uderzająca ze wschodu, od strony
Łówczy. Raport podaje, że „Nieprzyjaciel został
zniszczony, wieś zdobyto o godz. 6.10”. Tempo przełamania
obrony wsi (mniej niż godzina) oraz łatwość, z jaką to zrobiono
(wystarczyła jedna grupa) wyklucza prawdopodobieństwo obecności sił
UPA. Gdyby były tu skoncentrowane, stawiłyby zacięty i długi
opór. Ponadto w danych osobowych kurenia pod datą 6 kwietnia
nie odnotowuje się żadnych strat osobowych, ani informacji o
jakiejkolwiek potyczce. Wydaje się niemal pewne, że siły polskie
napotkały tam wyłącznie niewielkie oddziały samoobrony.
Tymczasem po usunięciu zgrupowania SKW wieś pozostała na
niełasce żołnierzy. Rozpoczęła się masakra. Michajło Liwczanin
„Semenenko” z horynieckiego SKW opowiada:
„gdy dowiedzieli się, że we wsi nikogo nie ma, zaczęli
atakować ze wszystkich stron, mordować mieszkańców, strzelać
do kobiet i dzieci”. Wraz z wojskowymi do Gorajca przybyła
cywilna ludność, być może zachęcona możliwością grabieży. Nie wiemy
skąd przyszli, Semenenko spekuluje, że byli to dawni mieszkańcy Rudki:
„(...) z którą Gorajec miał wrogie porachunki z
dawnych czasów. Możliwe, że to Rudka tak zemściła się na
nim?”. Nie wiemy, czy tak rzeczywiście było, jednak okoliczni
Polacy z pewnością dobrze pamiętali o zbrodniach
„Zalizniaka” sprzed roku, pamiętali także, gdzie
utworzyła się znienawidzona przez nich sotnia.
Krwawa rozprawa wojskowych, milicjantów i cywili
na mieszkańcach Gorajca trwała 4 godziny. „Grupa mężczyzn,
kobiet i dzieci zgromadzona została w ogrodzie sołtysa Grzegorza H.
Żołnierze otworzyli do zgromadzonych ogień z karabinu, a rannych
dobijali pojedynczymi strzałami z bliskiej odległości, ograbiając ciała
z odzieży i obuwia” – czytamy w raporcie ze
śledztwa IPN. Żołnierze podpalili też wiejskie zabudowania, w
których płonęli żywcem ukrywający się w nich mieszkańcy.
Gorajczan mordowano wszędzie: „w obrębie ich gospodarstw, na
drogach, a także w czasie, gdy ci salwowali się ucieczką w stronę
lasu”. Przy znęcaniu się nad ludnością „żołnierze
krzyczeli, żeby „wyjeżdżali za Bug”, bo ich
wszystkich wystrzelają”.
O godzinie 10.00 akcja zostaje zakończona –
upomnieniem dowódcy, że rozkaz nie obejmował zabijania
kobiet i dzieci. Wojsko wraz z zagrabionym ludności mieniem (40
krów, 14 koni, 100 owiec, dwa parokonne wozy, 2 świnie)
powraca do koszar w Lubaczowie. Po drodze 30 żołnierzy wraz z
dowódcą stacza jeszcze potyczkę z nieznanym oddziałem, być
może resztkami gorajeckiej samoobrony.
Bilans akcji z 6 kwietnia jest tragiczny: życie straciło
prawdopodobnie 155 osób, w tym 42 kobiety i 32 dzieci.
Gorajec (wieś i folwark), przysiółek Kaczory oraz sąsiednie
wsie – Piła i Chotylub zostały spalone, majątek zagrabiony
przez żołnierzy.
IPN w przeprowadzonym śledztwie uznało, że akcja była
samowolnym działaniem żołnierzy, a celem dowództwa była
jedynie likwidacja ukraińskich sił zbrojnych, w związku z czym
„czyny (...) nie zawierają znamion zbrodni
komunistycznej”. Szersze spojrzenie na całą działalność II
SBO zdaje się podważać tę tezę. Zbrodnicze akcje tego batalionu trwały
2 miesiące. Gdyby rzeczywiście były one niezgodne z polityką batalionu,
dowódca powinien zareagować na nie już w pierwszych
przypadkach, zaś po kolejnych morderstwach – wyciągnąć
konsekwencje. Tymczasem żołnierze zostali ukarani jedynie upomnieniem.
Wynika z tego, że w II. SBO zbrodnie spotykały się z milczącą zgodą, a
być może nawet z aprobatą. Informacje o zachęcaniu bitych
mieszkańców do „wyjazdu za Bug” sytuują
zbrodnie w szerszej polityce wojska, mającej na celu zastraszenie
ludności, by ta nie przeciwstawiała się wysiedleniom.
„UPOWSKA
REPUBLIKA”
Na działania KBW Ukraińcy odpowiedzieli
błyskawicznie. „Z Gorajca prawie cała młodzież poszła do UPA,
sami się zgłaszali, bo chcieli zemścić się na wrogu z bronią w
ręku” – opowiada Michajło Liwczanin
„Semenko”. Po ostrych kłótniach
dowództwo UPA postanowiło zmienić strategię działania. Kureń
„Mesnyky” odchodzi od pasywnej dotąd taktyki,
przejmuje inicjatywę i rozpoczyna ofensywę.
28 marca, jeszcze przed zbrodnią w Gorajcu, Zalizniak
przeprowadza jednoczesną akcję na sieć posterunków polskiej
milicji – niszczy 18 spośród nich, całkowicie
dezorganizuje polską administrację na pobliskim terenie, rozbija
stanice milicji w sąsiadujących z Gorajcem miejscowościach: m.in. w
Łówczy, Bruśnie, Płazowie i Podemszczyźnie. Po tej akcji UPA
całkowicie przejmuje kontrolę nad terenem. Jak opisuje Sztendera od
tego momentu „KBW i pozostałe posterunki MO
„uspokoiły się”; siedzieli w swoich punktach, z
których wchodzili tylko większymi, gotowymi do boju grupami.
W wsiach powstała „Upowska republika”. Jurewicz
wspomina zaś, że „Na wschód (od Lubaczowa, przyp.
moje) nie jeździliśmy. Był to teren opanowany przez UPA. Nazywaliśmy go
Ukraina”. 29 kwietnia dochodzi do potyczki z NKWD we wsi
Surmaczówka.
UPA pali też cztery polskie wsie – Mołodycz,
Wólkę Mołodycką, Groblę i Stare Sioło; w tym ostatnim
pozbawia życia 17 osób. Do tragicznej sytuacji dochodzi
także w Wiązownicy, gdzie Zalizniak w odpowiedzi na polskie zbrodnie
(m.in. zastrzelenie w tej wsi 10 Ukraińców,
głównie kobiet i dzieci) przeprowadza brutalną akcję, w
wyniku której ginie 90 osób. Była to ostatnia
operacja „Mesnyków” przeciw ludności
cywilnej. 10 kwietnia, po zawarciu porozumienia z AK-WIN, wydany
zostaje rozkaz zakazujący podejmowania akcji przeciwko
cywilom.
23 kwietnia ma miejsce dziwna sytuacja. Pod tą datą w kronice
sotni „Mesnyky II” znajdujemy notę: „Nasz
wywiad doniósł, że przez Nowe Sioło przejeżdżała grupa
uzbrojonych ludzi, która wyjechała w stronę Gorajca.
Później okazało się, że była to część polskiej milicji i
szturmówek z Lubaczowa, która poszła do lasu,
uciekając przed bolszewikami. Uciekający Polacy nikogo nie
zaczepiali”. Na wieść o nadejściu oddziału Wojsk
Pogranicznych NKWD całe II. SBO, duża część milicji oraz
funkcjonariuszy UB, zdezerterowała. Czego komunistyczne polskie
oddziały obawiały się od sojuszniczych wojsk radzieckich? I, co więcej,
te sojusznicze oddziały zajęły wówczas budynki w Lubaczowie
i ostrzelały rynek! Być może trafnie wyjaśnia tę sprawę Sztendera,
twierdząc, że NKWD dowiedziało się, iż milicja była infiltrowana przez
AK. Dezercję wywołała, słuszna czy też nie, plotka, jaką usłyszał
Jurewicz: „Sowieci rozbrajają polskich żołnierzy i wywożą na
wschód”. Niemal cała jego kompania przyłącza się w
okolicach Sieniawy do Armii Krajowej, część jej żołnierzy wraciła do
Lubaczowa. Wydarzenie to kładzie kres działalności II. SBO na
Lubaczowszczyźnie.
PANACHIDA
Po likwidacji polskiej milicji, dezercji KBW oraz
porozumieniu z AK-WiN na Lubaczowszyźnie zapanowuje spokój.
„Lato 1945 roku było w lubaczowskim (...) bardzo spokojne, co
wykorzystaliśmy do szkolenia” – wspomina
„Semenko”. Kureń liczył wtedy aż 6 sotni. Kronika
sotni „Mesnyky II” odnotowuje ciekawy epizod z tego
okresu.
W czerwcu sotnia ta stacjonowała w gorajeckim lesie.
Wieczorem 25 czerwca komendant „Bałaj” wraz z 12
strzelcami wyruszył w stronę Gorajca. Tu, po sprawdzeniu czy jest
bezpiecznie, obstawia stójką cmentarz i posyła po resztę
oddziału oraz greckokatolickiego księdza z Żukowa. W nocy, o godzinie
22.00, rozpoczyna się panachida (nabożeństwo żałobne za zmarłych we
Kościele wschodnim). „Zapalenie ogni, rozkaz baczność i
ksiądz rozpoczął nabożeństwo żałobne” – opisuje
sotenny kronikarz. – „Chór odśpiewuje
kilka pieśni i kończy święto pieśnią Nie pora”. W takiej
właśnie tajemniczej atmosferze – nocą, przy świetle zniczy,
odbyło się pierwsze nabożeństwo w intencji zamordowanych
mieszkańców Gorajca.
WYSIEDLENIA
Już od 1944 planowano przeprowadzić akcję wysiedleńczą,
mającą na celu usunięcie Ukraińców z Polski. Zakładano, że
będzie ona dobrowolna, lecz tak się nie stało. Do marca 1945 z PRL
wyjechało zaledwie ok. 15% mieszkańców. Później
inicjatywę przejęła armia, która postanawia zmusić
niechcianą ludność do wyjazdu brutalnymi środkami. „We
wrześniu 1945 r. po kilkumiesięcznej przerwie, wojsko ściągnęło
większymi siłami do Lubaczowa i zaczęło wywozić ludzi na
Ukrainę” – wspomina Semenko.
Ludność, by uniknąć wysiedleń i terroru wojska, ukrywała się
w lasach – w nich powstawały obozy, w których
chronili się miejscowi. Taki obóz znajdował się m.in. w
głębinach lublinieckich lasów, za rzeką Studenicą.
Przyszedł czas na Gorajec. Wojsko po raz pierwszy pojawiło
się w tej wsi w dniu 20 maja 1946 roku. Skontrolowało
mieszkańców, jednemu z gospodarzy skradziono pieniądze (2000
zł). „Zabranie czegoś Ukraińcom uważane było za normalne,
jako odpłata za pożogi, rzeź i rabunki na wschodzie”
– wspomina Jurewicz.
Od tego momentu rozpoczęły się coraz agresywniejsze akcje
żołnierzy, czasem ich działania przybierały skandaliczne formy. Jak
dowiadujemy się z kroniki sotni „Mesnyky II”, 21
maja roku „We wsi Gorajec, WP w liczbie 80 ludzi wysiedlało
mieszkańców. Przy tej okazji, rozkopywali groby na cmentarzu
i szukali schowanych cerkiewnych rzeczy. Wiele cerkiewnych rzeczy
znaleźli, szaty i obrusy darli na onuce, a książki porozrzucali po
cmentarzu. Kości wykopanych porozrzucali po cmentarzu i tak je
zostawili. Był przypadek, że zwierzęta w mundurach WP rzucali w siebie
czaszkami nieboszczyków”. W kolejnych dniach
brutalność żołnierzy nasiliła się. 26 maja żołnierze zaaresztowali 13
osób, które „po kilku dniach mocno
pobitych, wypuszczono”. Kolejnego dnia, chcąc zastraszyć
ukrywających się, terroryzowani byli ci, którzy pozostali we
wsi – starzy i chorzy: „Nad tymi WP znęcało się w
nieludzki sposób, bili do nieprzytomności i wyrzucali na
dwór. Po tym na wpół żywych, zrzucali na wozy,
zwozili do Żukowa (...). Stamtąd zabrali ich do Lubaczowa”.
Sposób prowadzenia wysiedlenia zaczyna przynosić
„sukcesy”. 28 maja z Gorajca udaje się usunąć 19
rodzin, przy okazji dochodzi do kolejnych przestępstw: „7
żołnierzy złapało 17-letnią dziewczynę, zgwałcili ją, znaleziono ją
później nieprzytomną. Tego samego dnia do Gorajca
przyjechało 200 żołnierzy WP, którzy nocą biegali za
kobietami, zaciągali je do pustych chat i gwałcili”. W ciągu
następnych dni Polacy przeprowadzają poszukiwania ludzi w gorajeckim
lesie (wyposażeni w pancerne samochody) oraz znowu przyjeżdżają do wsi,
gdzie 30 maja wojsko „wyłapało resztki ukraińskich
mieszkańców, przy czym niszczyli i ograbili
cerkiew”. Mieszkańcy zostają doprowadzeni na stacje w
Lubaczowie i Oleszycach, skąd są wywożeni do ZSRR. Jeszcze do 1947 we
wsi pozostaje pewna liczba mieszkańców (przez cały czas
nękana grabieżczymi akcjami WP – wiadomo, że miały one
miejsce w dniach 24-27 czerwca; w jednej z nich zostaje złapany i
aresztowany ranny strzelec UPA, ukrywający się u jednego z gospodarzy.
Ostatnich 144 mieszkańców wsi wysiedlono podczas akcji
„Wisła” na zachód Polski. Rok 1947
przynosi kres wielowiekowej obecności ukraińskiej ludności w Gorajcu.
EPILOG
Po usunięciu ludności i opustoszeniu okolicy, sytuacja
partyzantów staje się coraz cięższa. Upowcy tracą wsparcie
otoczenia, możliwość bezpiecznego noclegu, zdobycia wyżywienia.
„Zrobiło się ciężko. Miesiąc gotowaliśmy żyto z wodą i
jedliśmy. Nic więcej. W głowach kręciło się od głodu”
– wspomina „Kret”. WP ostatecznie
przejęło kontrolę nad terenem, upowcy nigdzie nie mogli czuć się
bezpieczni: „(...) jednego wieczora wszedłem w sześć
zasadzek: tyle było wszędzie wojska”. Przez pewien czas
partyzanci próbują jeszcze działać, jednak w 1947 przychodzi
decyzja o rozwiązaniu oddziału. „Kret” przez
krótki czas ukrywa się w opuszczonym niemieckim bunkrze,
później zostaje złapany przez wojsko. Sam
„Zalizniak” przechodzi przez Karpaty na
Czechosłowację, tam podaje się za węgierskiego żołnierza i zamieszkuje
wraz z rodzicami w Wielkich Kapuszanach. W grudniu 1958 zostaje
rozpoznany (według dokumentów UPA, został przez kogoś
wydany) i oddany polskiemu sądowi. Wydarzenie to koresponduje z falą
ostatecznej likwidacji upowskiego podziemia i zamachami
kagiebistów na emigracyjnych działaczy OUN
(zabójstwo Stepana Bandery i Lwa Rebeta).
„Zbieżność dat zdaje się wykluczać możliwość
przypadku” – twierdzi Grzegorz Motyka, spekulując,
że schwytanie „Zalizniaka” było częścią
zorganizowanej akcji KGB. Szpontak zostaje skazany na karę śmierci,
którą później zamieniono na dożywocie. Po
amnestii w listopadzie 1981 wraca do Czechosłowacji, umiera w 1989 roku
(w Koszycach).
W PRL-u tragiczna historia konfliktu była przekłamywana bądź
przemilczana. Nie wspominano o zbrodniach sił komunistycznych,
również o tej w Gorajcu. Wedle oficjalnej wersji wydarzeń,
wieś została zniszczona podczas walk z UPA. Niestety, do dziś w
niektórych publikacjach możemy napotkać takie informacje.
Po 1989 r. sytuacja się zmienia. Tragiczna historia regionu
zaczyna być przedstawiana rzetelnie i prawdziwie. W 1992 roku w Nowym
Lublińcu na miejscu zniszczonego w 1946 r. krzyża na mogile zabitych
żołnierzy samoobrony zostaje postawiony pomnik. Gorajec godnego
upamiętniania zbrodni nie doczekał się do dziś. Na mogile umieszczony
jest wysoki brzozowy krzyż, obok niego – maleńka tabliczka
informująca o tragicznym wydarzeniu.
* * *
Gorajec wiele wycierpiał podczas wojny i lat powojennych. Cywilni
mieszkańcy, zarówno zabici przez sotnie
„Zalizniaka”, jak i wymordowani przez oddziały KBW,
byli niewinnymi ofiarami. Upamiętnienie ich wspólnym
pomnikiem byłoby idealnym przykładem sąsiedzkiego pojednania i
dziejowej sprawiedliwości. Nadarza się znakomita ku temu okazja
– 6 kwietnia 2010 rok mija 65. rocznica zbrodni. Wiemy już,
że tak się nie stanie. Miejmy jednak nadzieję, że prędzej czy
później, wbrew wszelkim przeciwnościom, ofiary tego
tragicznego konfliktu zostaną we właściwy sposób
upamiętnione.
Korzystałem z:
1. Zakerzonnie – spomyny wojakiw UPA.
2. Grzegorz Motyka, Tak było w Bieszczadach.
3. Litopys UPA, tom 43.
4. Akcja Wisła, IPN, Warszawa 2003.
5. Raport ze śledztwa IPN; sygn. akt S 55/03/Zk.
6. Tomasz Róg, Stosunki polsko-ukraińskie,
w: Paweł Rydzewski, Roztocze Południowe,
Wydawnictwo „Arete II”, 2009.
7. Lesław Jurewicz, Niepotrzebny, Londyn
1977.
Artykuł w j. ukraińskim
ukazał się w nr 18 i 19/2010 "Naszego Słowa" (2 i 9.05.2010);
«Наше слово» №18 i 19/2010 , 2 i 9 травня 2010 року
| # Maciej Piotrowski |